piątek, 28 listopada 2014

Rozdział 9. "Make a wish!"

   Choć się dzień wcześniej zapierałam przed tą imprezą u Ignaczaków, postanowiłam na nią pójść. Ba, nie mogłam jej odpuścić! 
Z rana odbył się trening. Wszyscy siatkarze zostali wtajemniczeni w całą sprawę, w plan o nazwie "żółta kobra" (nie pytajcie, pomysł libero). Oczywiście, zachowywaliśmy się jak gdyby nigdy nic, choć tej małpie miałam ochotę nakopać gdy tylko ją zobaczyłam siedzącą na trybunach i robiącą kolejne nędzne zdjęcia. Ale cóż, trzymałam się planu. 

Jeśli chodzi o przygotowania na imprezę, to w sumie ja jedynie egzystowałam. To Megi zrobiła mi bujne loki z moich jasno brązowych włosów i to ona mnie umalowała. Potem wyciągnęła z szafy tą moją granatową, zdobioną koronką sukienkę, której cholernie długo nie zakładałam na siebie. 
  Uwierzcie lub nie, ale odebrałam wrażenie, że bardziej jej zależy na wystrojeniu mnie a nie siebie. I non stop świergotała, że Paulinka i tak by nie miała szans, i że Paul będzie “mój”. I gdy przyszedł, ona jeszcze musiała się ubrać. Tak, wybieraliśmy się tam w trójkę. Paul już ściągnął samochód, więc zaproponował, że nas ze sobą weźmie.
  Gdy wszedł, odebrałam wrażenie, że nie mógł spuścić ze mnie wzroku. Byłam niesamowicie speszona, gdy jego czekoladowe tęczówki lustrowały mnie od stóp aż po sam czubek głowy. Wiecie, nie co dzień ma się mocny, ładny makijaż i krótką sukienkę an sobie. I może to zabrzmi nieco dziwnie, ale w jednym momencie przestała się dla mnie liczyć Paulina.
Megi potrafiła zdziałać cuda. Nawet ze mną. Tak samo jak alkohol, ale do tego przejdę później. 
  Żona Krzyśka, Iwona, była naprawdę świetną kobietą. Przesympatyczna i bardzo towarzyska. Mnie, Megi, Marysię (dziewczynę Pita) i Karo (towarzyszka Fabiana) powitała czerwonym winem, podczas gdy chłopcy zaczęli standardowo od piw. Siedzieli w salonie i debatowali nad żółtą kobrą. I gdy wszystko było już dopięte na ostatni guzik i czekaliśmy jedynie na Paulinę, temat zszedł na zbliżający się mecz z Jastrzębskim Węglem. Ignaczak oczywiście mówił o swoich przyszłych udanych akcjach, Fabian narzekał, że jak na ostatnim meczu grali to źle w  rozgrywał. Konarski, MVP meczu ze Skrzatami, w sumie siedział z dumnie wypiętą piersią do przodu. Nowakowski, Penchev i Lotman jedynie przysłuchiwali się pozostałym.
- Ty, - zwrócił się libero do Fabiana - następny mecz za kilka dni. Jak będziesz tym razem wystawiał?
- Tak, jak będziesz odbierał, Igła.
Penchev głośno gwizdnął, no bo wiecie, to siekło w dumę biednego libero. Sam Drzyzga przyznał się, że źle rozgrywał, a właśnie stwierdził, że wystawia tak, jak mu Igła poda.
Ich kłótni przeszkodziło przyjście Pauliny. 
Oczywiście wszyscy zachowywaliśmy się normalnie. Iwona poczęstowała ją piwem, ugościła niczym gościa specjalnego. Nawet ja sama wysiliłam się na cień uśmiechu w jej stronę! Naprawdę.Ta sielanka jednak się skończyła, kiedy zasiedliśmy wszyscy w salonie i Ignaczak puścił nam film na DVD. 
- To zaczynamy show, moi kochani. Film specjalnie dla was! - Krzyknął uradowany libero. Widać było po nim, że sam z siebie jest dumny. 
Film zaczął się od nagranego kawałka treningu. Wiadomo, gdy Kowal czasami wychodził dosłownie na chwilę, Igła wykorzystywał sytuację i latał po sali jak szalony kamerując wszystko i wszystkich. Najzabawniejszym momentem było, gdy trener wrócił na salę i zaczął się wydzierać na kamerzystę. "Karne pompki! Karne kółka!" - wyliczał. 
Potem były zaprezentowane zdjęcia zrobione przez Paulinę. Spojrzałam na nią kątem oka. Była dumna z siebie niczym paw, a inni udawali, że są pod wrażeniem. Ha, ha. Ale zaraz ci się wszystko odmieni głupia małpo!
- Wiecie, jak się okazało, - powiedział Igła - nasza kochana Paulinka jest nie tylko świetnym fotografem, ale i genialną aktorką! 
I wtedy poleciał ten kawałek, na którym była ona i rozmawiała z kimś przez telefon. Opowiadała o tym, jak zbajerowała samego prezesa. 
- Genialny to chyba detektyw z ciebie. - Penchev się zaśmiał. 
 Widziałam, jak Paulina siedzi niesamowicie zdezorientowana. Wyglądała tak, jak dziecko przyłapane na gorącym uczynku, ha! 
- Co wy.... - Zająknęła się. 
- Chyba: co ty! - Rzucił sarkastycznie Drzyzga, stając przed nią ze skrzyżowanymi rękoma. - Masz nam coś do powiedzenia? 
  Ona jednak nic nie powiedziała do nas, tylko - czemu mnie to nie dziwiło - szukała ratunku w Lotmanie. 
- Paul, zrób coś!
 On oczywiście uśmiechnął się ironicznie. - Pewnie, niech naiwny dzieciak ci teraz pomaga.
- Wy wszyscy oszaleliście! - Krzyknęła. Była ... nie wiem sama czy bardziej zła, czy bardziej przestraszona. 
- Pewnie, już dawno! - zaśmiał się Penchev. - Może i jesteśmy szaleni, ale nie tacy zakłamani jak ty. 
- Wiesz co, zwiaj manatki i zabieraj się z mojego domu. - Iwona ją wręcz wygoniła. 
- I lepiej się prezesowi na oczy nie pokazuj. - Syknęła Marysia. 
  Blondynka wyglądała tak, jakby chciała co najmniej coś rozwalić. Jej twarz zrobiła się mocno czerwona. Bez słowa, bez żadnego "przepraszam"... po prostu wystrzeliła z tego domu, trzaskajac za sobą drzwiami. 
- Jej, jak ona jutro przyjdzie na trening to chyba jej coś zrobię. - Burknęłam pod nosem.
- Coś ty, nie przyjdzie. Po takim upokorzeniu? - Zaśmiał się Konarski. 
 Ignaczak nagle przyszedł nie wiadomo skąd z tacką pełną kieliszków. Szampan. No po prostu on jest niemożliwy! 
- Teraz musimy to opić, że wykurzyliśmy ją z naszego życia, o!
- Tak.- Nowakowski się odezwał tym razem, unosząc jednocześnie jeden kieliszek do góry. Pozostali poszli w jego ślady.  - Za wykurzenie małpy i po prostu za nasz zespół. Takiego team`u to szukać po całym świecie! 
Pozostali mu przytaknęli i wznieśliśmy wcześniej wspomniany toast. 
Piotr miał rację. Nigdzie nie znajdziecie tak zgranego zespołu. Nigdzie nie znajdziecie takich ludzi, którzy aż tak by dbali o siebie nawzajem. Bo ludzi, który stawią się za tobą, którzy mogliby za tobą w ogień pójść... może i jest niewielu. Ale są tutaj, w Rzeszowie, i ja się o tym przekonałam. Bo tu właśnie chodzi o to, by mieć wokół tych, co są cenniejsi niż złoto.
- No dobra, bez zamuły, bawimy się dalej bo noc jeszcze młoda. - Pan domu wyłączył DVD, a zamiast tego włączył wierzę i puścił dobrą muzykę. 

  Było super. Zabawa trwała w najlepsze, a ja nawet nie czułam upływającego ciągle czasu. Wiecie, Magda była w siódmym niebie. W połowie imprezy w sumie nie byłam jej już potrzebna. Tak namiętnie konwersowała z Konarskim, że naprawdę wyczuwałam coś grubszego. Albo głębszego, bo atakujący wisiał ze ślepiami wpatrzonymi w jej cycki. Zawsze tak potrafiła zahipnotyzować meżczyzn - oczami i, oczywiście, cyckami. 
- Chcesz piwo? - Zapytał mnie Paul, kiedy usiadłam obok niego na kanapie.
Nad propozycją siatkarza długo nie myślałam, choć z reguły mało piję i nie mieszam. Ale tym razem się skusiłam. Wiecie, w końcu utarliśmy tej blond małpie nosa, trzeba było to oblać nie tylko szampanem! 
- Pewnie. - Uśmiechnęłam się. 
 Otworzył mi butelkę i podał. Napiłam się. Musiałam przyznać sama przed sobą, że nie pamiętam, kiedy alkohol tak łatwo mi wchodził.
- I widzisz, wszystko nam się udało. I teraz się świetnie bawisz.
- Racja. Widać, że ze mną jest coś nie tak, skoro świetnie się bawię z tymi pajacami. - Zachichotałam.
 Lotman uniósł jedną brew i mnie zmierzył. No tak, w sumie on też należał do tej bandy pajaców, ale pozostawił to bez komentatrza.
Zamiast tego nagle niebezpiecznie zbliżył swoją dużą dłoń do mojej twarzy, do policzka. machinalnie odsunęłam głowę nieco w bok, jednak on, wcale nie speszony (nie tak jak ja!), kontynuował to, co zaczął.
- Rzęsa. - Opuszkiem palców strzepał ją z mojego policzka. Czułam, jak oblewam się rumieńcem. O czym ty, cholera jasna, myślałaś!  
- Dzięki.
 Przez chwilę wpatrywaliśmy się sobie w oczy. Jego czekoladowe tęczówki potrafiły naprawdę zahipnotyzować. O czym mógł on sobie wtedy myśleć? Czy on.. może, to co wczorajszego dnia..
- Ludzie, kto gra w twistera?! - DO salonu , nie wiadomo skąd, wpadł Nikolay. W rękach trzymał pudełko ze wspomnianą grą.
 - Ja! - Jak głupia podskoczyłam z kanapy, krzycząc niczym rozweselone dziecko.
Chyba naprawdę zbyt dużo wypiłam, że zaczęłam się wyginać z Penchevem na kolorowej macie. Rzecz jasna nie graliśmy raz, bo kilka, a za każdą rpzegraną trzeba było wypić kieliszek wódki. Jak myślicie, kto najwięcej przegrał?
Tak, właśnie. Sierotka-Ola.
I ta Olka-sierotka musiała wyjść się przewietrzyć na zewnątrz, bo inaczej mogła odpłynąć hen daleko.
Nie wiem, która była godzina, ale pewnie grubo po północy. Musiałam przyznać, że dzisiejsza noc była naprawdę piękna. Czarne niebo rozświetlały miliony gwiazd, układające się w różne wielkie konstelacje. Nie mogłam się na nie napatrzeć, choć gdy spoglądałam w górę, w mojej głowie wszystko się kręciło.
- Hej, uważaj. - Ktoś podtrzymał mnie, gdy prawie kiwnęłam się do tyłu. Wylądowałam w jego ramionach. Zgadnijcie, kto był moim bohaterem?
- Lotman, zawsze jesteś tam, gdzie cię potrzebuję. - Zachichotałam. - Przypadek?
 - Nie sądzę. - Uśmiechnął się zawadiacko. 
 Przeszłam wzdłuż ogrodowej alejki. Ignaczakowie się napracowali nad tym miejscem, ale było warto. Z jednej strony ogromnej działki był mini plac zabaw ich synka, włącznie z drewnianym mini domkiem. Po drugiej stornie natomiast, pod wiśnią, postawiona była piękna, starodawna altanka, odmalowana na biało i pięknie zdobiona złotą farbą.

I tam właśnie poszłam.
Oparłam się wygodnie o balustradę, z twarzą skierowaną ponad ogrodzenie, na niebo. Siatkarz poszedł w moje ślady i zrobił to samo, będąc tuż obok mnie. Nasze ramiona się stykały, ale nie przeszkadzało mi to. Jeśli miałam być tam nie sama, to tylko i wyłącznie on był odpowiednią osobą.
- Uwielbiam noc. - Stwierdziłam w końcu, przerywając ciszę.- Taka cisza, taki spokój.
- Przede wszystkim jest piękna, - dodał - dlatego nie rozumiem, dlaczego wy Polacy mówicie na coś, że jest “brzydkie jak noc”.
 Na to swietrdzenie amerykańskiego przyjaciela zaśmiałam się.
- Święta racja, ale powiedz mi, które przysłowia mają sens.
- No u nas w Stanach niektóre mają, na przykład…
- Patrz! - Przerwałam mu gwałtownie wymachując ręką w kierunku nieba. - WIdziałeś?! WIdziałeś! Spadająca gwiazda, ale jaja!
- Hej, spokojnie. Zamiast podskakiwać, make a wish. - Sprowadził mnie na ziemię.
- Proszę cię, już pomyślałam. Nie przepuściłabym takiej okazji. - Puściłąm mu perskie oko.- A ty?
- Też. - Powiedział uśmiechając się. Odwrócił się w moją stronę, łokciem podpierając się o balustradę. Chyba już nie chciał patrzeć na niebo, tylko na mnie, o ironio. - U nas się mówi, że jak się widzi spadającą gwiazdę, to wcale nie ejst przypadek. Tylko zwiastuje szczęście.
- Coś w tym jest. - Odwróciłam się w jego stronę, opierając się łokciem o białą belkę tak jak on. - A myślisz, - zapytałam - że fakt, iż ją zobaczyliśmy razem, jest przypadkiem?
- Myślę, - przybliżył się nieco w moją stronę - że nie.
 Nasze twarze dzieliły już tylko centymetry. Czułam na wargach jego szybszy oddech. Zmrużyłam oczy i po sekundzie poczułam, jak delikatnie, niepewnie, całuje mnie. Krótko, chcąc wybadać, jaka będzie moja reakcja.
- Paul… - Szepnęłam cicho. Wciąż byłam zdezorientowana po tym, co miało miejsce. Ręką delikatnie uniósł mój podbródek do góry.  
- Szzz… - Uciszył mnie i ponownie pocałował, tym razem dłużej i namiętniej. 
Wtedy już oddałam pocałunek, w ogóle się nie wahając. Jego usta - pełne i delikatne - sprawiały mi naprawdę ogromną przyjemność pieszcząc moje wargi. W końcu przesunął się stając przede mną, a ręce położył mi na biodrach i pchnął tak, że opierałam się plecami o belkę. Sam dosunął się do mnie i jego ciało napierało na moje, a ja czułam jak wewnętrznie zaraz eksploduję.
- Oszalałeś. - Zachichotałam cicho, jak na chwilę przerwał pocałunek.
- Na twoim punkcie, owszem. - Uśmiechnął się, jak zwykle cudownie.
 Nachylił się lekko i łapiąc mnie za uda, podniósł do góry i posadził na balustradzie. Teraz nasze twarze były na tej samej wysokości. Przyciągnęłam jego twarz ku swojej, ciągnąc za kołnierz koszuli. Wpiłam się w jego usta dziwnie wytęskniona, spragniona jego bliskości i dotyku. Oplotłam nogi nad jego biodrami jednocześnie przyciągając go jeszcze bliżej siebie.
To była niezapomniana noc. Niezapomniana i chyba najpiękniejsza w całym moim dotychczasowym życiu.
Mój pech jednak chyba się jeszcze nie skończył. 


 ~*  *  *~
Całkiem długi wyszedł, aczkolwiek nie jestem z niego w stu procentach zadowolona. Ale hm, nie zawsze się udaje coś napisać tak, jak się miało zamiar to zrobić. :)
Mam jednak nadzieję, że wam się podoba! :)

KOMENTUJCIE bo zrobię strajk i pisać przestanę xd


czwartek, 27 listopada 2014

Rozdział 8. Nieproszeni goście o dziwo mile widziani.

Na drżących nogach poczłapałam do drzwi. Nim je otworzyłam, głęboko odetchnęłam i uspokoiłam się.
- Co ty… - Tylko tyle z siebie wydobyłam, kiedy mój gość rzucił mi się na szyję. 
- Ola! Tęskniłam!
 Byłam w naprawdę dużym szoku. Aż dyskretnie się uszczypałam, by przekonać się, że to nie sen.
- Megi, co ty ty robisz?
- No jak to co, - uśmiechała się do mnie serdecznie - chyba mogę odwiedzić przyjaciółkę!
 Megi, czyli Magda Ginter, średniego wzrostu ruda dziewczyna z uroczo piegatym noskiem i krągłymi zielonymi oczami, była chyba jedyną osobą z Gdańska, z którą wciąż utrzymywałam kontakt. Od czasu do czasu rozmawiałyśmy na portalu społecznościowym. Ona - popularna, “światowa” - była dostępna na facebooku dwadzieścia cztery godziny na dobę, a większość polubionych przez nią fanpejdżów dotyczyła tematyki siatkówki. DLatego nie zdziwiłam się, gdy pomachała mi pod nosem swoim smartfonem pokazując jakieś siatkarskie zdjęcie.
- Wiesz, jak lubię siatkę, siatkarzy, gigantów, Resovię, Ignaczaka … -wyliczała, a ja wywróciłam oczami. - Ale na imprezę z nimi mnie nie wzięłaś, wiesz co!
   Dopiero po tych słowach przyjrzałam się prezentowanemu przez nią zdjęciu. No tak. “Groupie” z tej wymyślonej przez tych idiotów inicjacji. Tylko skąd ona to wytrzasnęła?
- Skąd u licha to masz?
- No jak to? Ignaczak wrzucił na Igłą Szyte, Dupy Draże i Siatkarze udostępnili, a potem również inne stronki podłapały między innymi moja ulubiona , wiesz. Nasze siatkarskie życie. I widzisz, w ten sposób stałaś się sławną, szczęśliwą rzeszowską girl.
Nie, kurwa, serio?
- Dobra, w dupie. - Westchnęłam i wróciłam do salonu.
Megi oczywiście podążyła za mną, poirytowana moim podejściem do sprawy. A ja doskonale wiedziałam, czego oczekuje. Chciała ich poznać, a ja miałam wtyki.
- Więc…- Usiadła obok mnie na kanapie i spojrzała błagalnie.
- Megi, super że przyjechałaś, cieszę się z odwiedzin, ale serio, robię sobie chociaż dzień wolnego od tych pajaców. - Powiedziałam stanowczo, po czym dodałam w myślach: dzień wolny od jednego z nich, mieszkającego na przeciwko, ale o tym na szczęście ruda nie wie.
 Wyglądała na nieco naburmuszoną, bo śmiesznie wydęła usta i zmarszczyła brwi. Potem jednak jej spojrzenie zmieniło się na to zatroskane.
- Czemu mam wrażenie, że cierpisz? -  Zasugerowała delikatnie. Od razu zaprzeczałam kręcąc głową , wpatrując się ślepo w telewizor. - Daj spokój, Olka, znam cię nie od dziś.
 Głęboko westchnęłam. Megi zawsze czytała ze mnie jak z otwartej książki.
Dopiłam kawę i wstałam.
- Palisz jeszcze?
- Ograniczam - również wstała i wyciągnęła papierosy z torebki - ale w tej sytuacji, chodź. I mi wszystko opowiesz.
 Wyszłyśmy na przestronny balkon i odpaliłyśmy dwa papierosy. Wygodnie oparłyśmy się o balustradę tuż obok siebie i rozmawiałyśmy, raz po raz zaciągając się głęboko.
- Wiem, że zawsze lubłaś samotność. I ciężko ci się rozmawiało. - Takimi słowami zaczęła temat mojej osoby. - A ja tyle razy cię zapraszałam do Gdańska z nadzieją, że w końcu do nas przyjedziesz. Wiesz, tęskniliśmy. Ja, Przemo, Karo, Piter. Ale ani razu…
- Wiem - przerwałam jej nagle - ale myślałam, że tak będzie lepiej. Zawsze traciłam osoby, na których mi zależało.
- I doszłaś do wniosku, że nas nie stracisz jak się od nas oderwiesz? I co, dobrze wyszło?
   Miała świętą rację. W sumie wyszło jeszcze gorzej. Choć te kilka lat temu nie widziałam innej opcji. Wszystko związane z Gdańskiem, nawet ONI, przypominali mi o śmierci rodziców. A po niej już pozbierać się nie mogłam.
- Nie. Ale do tej samotności powoli się przyzwyczaiłam. A ci przerośnięci frajerzy, których chcesz poznać… i to zdjęcie… to był tylko jeden z ich głupkowatych pomysłów.
- Głupkowaty czy nie, widocznie bardzo cię lubią, skoro chcą z tobą spędzać czas poza Podpromiem. - Megi uniosła jedną brew i spojrzała na mnie porozumiewawczo. - A ty jak zwykle próbujesz od siebie innych odpychać. Chcesz być zawsze sama? Masz facetów do wyboru, do koloru! I z tym swoim metr osiemdziesiąt nie musisz się przejmować, że któryś będzie niższy. Widzisz, to ja mam problem. Kocham siatkarzy a mam zaledwie “metr sześćdziesiąt w kapeluszu”. - Zaśmiała się.
 Pomyślałam, że może i była niska, ale urodą nie grzeszyła. Bujne, rude włosy, kręcone, i piękne, jaskrawo-zielone oczy, zawsze były obiektem zazdrości wielu dziewczyn z naszej szkoły. Figurę miała też godną pozazdroszczenia - nie chuda, nie gruba. Była idealna, z pięknymi kobiecymi kształtami tam, gdzie być powinny. A o piersiach w rozmiarze D już nie wspomnę.
- Może. - Skwitowałam dając jednocześnie jej do zrozumienia, że na tym temat zakończymy.
 Pety wrzuciłyśmy do starej popielniczki, którą wciąż trzymałam na balkonie na wszelki wypadek. I wtedy ruda podskoczyła.
- O faken! Faken! - Powtórzyła dwa razy. - Przecież to Lotman!
  Serce aż mi do gardła podskoczyło. Spojrzałam w dół, na ulicę, tam gdzie ona się patrzyła. I faktycznie, amerykański siatkarz wracał najwidoczniej ze spaceru z Daisy. Modliłam się tylko, by się tu nie spojrzał, chociaż z tak krzyczącą Megi było to wręcz niemożliwe.
- Faken! - Znowu uniosła głos. - Czy on idzie.. idzie… faken! Mieszka w twojej klatce!
 I wtedy uniósł głowę do góry, ale chyba nie dlatego, że słyszał mojego gościa. A przynajmniej miałam nadzieję, że nie słyszał jej niewyjaśnionej dla mnie, dziecięcej ekscytacji.
Uśmiechnął się i pomachał.
Myślicie, że miałam szansę cokolwiek zrobić? A guziK! To Magda wymachiwała rękami, starając się zaznaczyć swoją obecność. Oczywiscie jej się to udało, ale fakt, że Lotman zaczął chichotać, nie miało dla niej najmniejszego znaczenia. 
Chciałam stamtąd zniknąć. Nie chciałam go widzieć ani tego dnia, ani kolejnego. Zawiódł mnie wierząc tej blond małpie. 
- Tak cholernie ci zazdroszczę! - Zwróciła się do mnie, gdy przyjmujący zniknął z naszego pola widzenia, bo wszedł do klatki. Dziewczyna wyglądała, jakby miała się rozpłynąć. Co najmniej. W jej oczach widziałam dziwny obłęd. Ja wiedziałam, że lubi siatkarzy, ale żeby aż tak…
- Możemy się zamienić.
- Oj, gdyby się dało, gdyby się dało.. - Bujała w obłokach. Przez moment o czymś rozmyślała. W końcu zaświeciła jej się nad głową żarówka. - Ty. Był u ciebie kiedyś? Może teraz też wpadnie? 
- No to leć go zaproś. Zrobię wam poranek zapoznawczy. - Burknęłam pod nosem.
Wiecie, że Megi mój sarkazm wzięła autentycznie za propozycję? Nagle zniknęła w salonie, a potem usłyszałam tylko dźwięk otwieranych drzwi. A kiedy na balkon do mnie wbiegła Daisy, wiedziałam, że zdążyła nim wszedł do mieszkania. Biedny Lotman… czy może biedna “ja”?
Westchnęłam i dołączyłam do tej parszywej dwójki, którzy stali w przedpokoju. 
Siatkarz, widząc mnie, zmarszczył brwi. Potem nie odrywał ode mnie spojrzenia, co powodowało, że na przemian byłam jedną sekundę zła, drugą smutna. 
- Ola, Ola! - Dorwała mnie przyjaciółka. - Paul mówi, że  potem wychodzą jutro z pozostałymi do baru i się pyta, czy się zabierzemy.
- No to idź. Paul się tobą zaopiekuje, poznasz resztę.
- A czemu ty nie chcesz iść? - Zdziwił się siatkarz. 
No Lotman, jakbyś kurwa nie wiedział. Czemu on się zachowuje tak, jakby nic się nie stało?
- Robię sobie kilka dni odpoczynku od tego całego zgiełku. - I od ciebie i zakichanej Paulinki, pomyślałam, ale nie odważyłam si tego powiedzieć na głos. 
- Ola, no, pogadajmy... - zaproponował, jednak od razu zaprzeczyłam.
- Nie, ja już wszystko wiem co o mnie myślisz.
- Ale...
- Hola, hola. Spokojnie. Nie kłócić się. - Ruda stanęła między nami patrząc raz na siatkarza, raz na mnie. - Nie wiem, o co wam poszło, ale faken, nie zachowujcie się jak dzieci!
Zacisnęłam usta w wąską linię i zmarszczyłam wargi. Nie lubiłam, gdy ktokolwiek mną rządził i z reguły na to nie pozwalałam, ale Megi zawsze potrafiła mną kierować. A ja podświadomie na to przystawałam.
Siatkarz natomiast otworzył usta, ale nim zdążył cokolwiek powiedzieć, Megi zgromiła go spojrzeniem
- Spoko luzik, Mistrzu, na pewno będziemy obydwie. I sobie pogadacie jak dorosły z dorosłym.
I gdy razem z Daisy wyszli, miałam ochotę posiatkować Megi kuchennym tasakiem. 

*   *   *
You believed me,
In every single lie.
But I, I failed you this time.

Paul Lotman

Po tym dziwnym spotkaniu z Olą i jej koleżanką Megi, zaszyłem się u siebie w mieszkaniu i spędziłem ładnych kilka godzin przerzucając programy w telewizji. Otworzyłem sobie piwo i ślepo wpatrując się w ekran, rozmyślałem o całej tej sytuacji. 
Chciałem z nią porozmawiać już wczoraj, gdy wróciliśmy do Rzeszowa. Ale nim wyszedłem z autokaru, jej już nigdzie nie było. Nie spotkałem jej ani w autobusie, ani na klatce schodowej, ani w osiedlowym sklepie. Najgorsze w tym wszystkim było to, że zaczynałem żałować tego, co zrobiłem i co powiedziałem.  Racja, szybko zaufałem Paulinie, choć pozostali mnie przed tym przestrzegali. Taki jednak byłem - zbyt ufny - i już bardzo dużo razy się na tym przejechałem. Za każdym jednak razem, gdy powinienem pomyśleć, nauczyć się na błędzie - ponawiam go i znowu cierpię. 
Mogłem ją po prostu pozostawić samą sobie, pozwolić by sama rozwiązała konflikt z Olą. Niestety, zrobiłem jak zrobiłem i czasu nie cofnę. I nie wiem, czy moja sąsiadka kiedykolwiek mi wybaczy.
Rozmyślania przerwał mi telefon. Nie wiem czemu myślałem, że to może Olka. Naprawdę, głupi jestem. 
To był Ignaczak. Nie wiem, czego chciał, ale pewnie dzwonił o jakąś głupotę. Nie odebrałem, nie miałem siły słuchać jego dowcipu. 
Wyciszyłem telefon i bagatelizowałem już wszystkie telefony. 
 Nie wiem nawet kiedy, ale zasnąłem oglądajac jakiś nudny, polski serial. Obudziło mnie dopiero głośne, natarczywe pukanie do drzwi. Nie miałem pojęcia, kogo niesie, ale w sumie być może to ta Magda, koleżanka Oli. Wcześniej była taka podekscytowana, chociaż sam nie wiem czemu. Jestem przecież normalny. Jestem tak jak i każdy inny, tylko człowiekiem. 
- Już, już! - Krzyknąłem, bo pukanie nie ustawało. 
  Przetarłem dłonią zaspane oczy i spojrzałem na Daisy. Suczka leniwie podniosła pysk, po czym odwróciła się na drugi bok i spała dalej. Takiej to dobrze.
  Westchnąłem i poszedłem otworzyć drzwi. 
  Wiecie, spodziewałem się wszystkich, naprawdę. Może gdybym odebrał od niego ten zasrany telefon, to nie przeszkadzałby mi w drzemce. Ale nie, sprawa chyba była ważna, skoro libero ruszył dupę z domu i się do mnie pofatygował. 
- Igła, co jest? 
- Kurwa, powiedz mi. Po co masz telefon co? - Skrzywił się. 
Nie czekając na zaproszenie wyminął mnie i wszedł do mieszkania. 
- Spałem. - Rzuciłem krótko. Tłumaczyć mu się ze swojego złego humoru nie miałem zamiaru. 
- Tak? Super! Ty sobie spokojnie śpisz, a ja kurde odkryłem coś co ci te ślepia otworzy! 
  Gdy pomachał mi kamerą przed twarzą, miałem ochotę mu jebnąć. Serio przyszedł pokazać mi swoje filmiki? Czasem oglądałem, racja, no ale czy to było takie istotne?...
- Zbieraj się, idziemy do Olki. - Zarządził Igła. Nawet się z nim nie kłóciłem, bo nie widziałem sensu.- Pozostali już tam są. 
- Kurwa, jakie "pozostali"? Co to za zebranie jest, co? Grupowe oglądanie twoich filmowych wypocin? 
  Za ten komentarz zebrało mi się w ramię. 
  Bez pukania Ignaczak wszedł do mieszkania mojej sąsiadki. I faktycznie, mówił prawdę. Na przedpokoju stało trzech zawodników z naszej drużyny - Konarski, Piter i  Penchev - oraz zdezorientowane dziewczyny. TO znaczy ciężko o nich tak powiedzieć. Ta cała Megi wyglądała na mega szczęśliwą, natomiast Ola wyglądała tak, jakby zaraz miała nas wszystkich rozstrzelać.
- Jezu, serio Igła, jak to coś mało istotnego ... - skrzywił się Dawid. 
- Hola, czy ja kiedykolwiek robiłem walne zgromadzenie w mało istotnych kwestiach? - Naburmuszył się libero. 
Nikt nic mu nie odpowiedział, bo wiadomo, pomysły Ignaczaka zawsze były mało istotne. 
- Dobra, dawaj. Im szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy. 
  Weszliśmy do salonu i usadowiliśmy się na kanapie i w fotelach, podczas gdy Ignaczak operował już na laptopie Olki i przekładał kartę pamięci z kamery. W między czasie Ignaczak tłumaczył, co w ogóle jest grane. 
- Wiecie, ogólnie to złapałem to raz. W autokarze. Potem jeszcze po kryjomu jak mieliśmy przerwę w drodze na stacji benzynowej.
- Jaśniej, Igła. - Poprosił Penchev.
- Jaśniej? Otóż chodzi o to, że chcę wam pokazać, uwaga uwaga, prawdziwe oblicze naszej kochanej pani fotograf, o! 
  Chyba nie tylko ja byłem w szoku, bo nikt się nie odezwał tylko oczekiwaliśmy na film. 
- Pierwsza scena wpadła przez przypadek, dopiero potem pobawiłem się w igło-detektywa. 
I puścił. 
Sytuacja miała miejsce w autokarze. Kamera nakręciła wszystko i wszystkich, kiedy Ignaczak z nią wchodził do pojazdu. Potem zdenerwowana twarz Oli, a na sam koniec jej czubek głowy - libero usiadł na miejscu za naszą stażystką. I wtedy pokazała się w rogu ekranu Paulina. Byłem zdziwiony widząc jej chciwą minę. Potem widać było tylko jej rękę, jednak głos słychać było wyraźnie. "Jeden zero, frajerko". 
Potem Ola na nią krzyknęła, co ja już sam słyszałem i o co byłem taki zły. Dobra, może nie zły, ale myślałem, że to Ola a nie Paulina zaczęła. 
- Ale kurde jaja. - Penchev nie mógł wyjść z podziwu dla naszej kochanej pani fotograf. - TO znaczy, ja wiedziałem, że ona jest wredna, ale żeby aż tak...
- W sumie tylko ja byłem głupi i się nabrałem. - Przyznałem się wszystkim do własnego błędu, kątem oka zerkając na Olę. Była smutna. Po prostu. 
- Chłopie, po prostu zbyt ufny jesteś. Ale powiem ci - mówił Konarski - że ja też się prawie nabrałem na te jej smutne oczka. 
Ignaczak zaczął się śmiać. 
- Wy to jeszcze, napaleńcy, mogliście to zrobić. Ale nie zgadniecie, kto jeszcze się nabrał. - Uśmiechnięty i zadowolony z siebie Ignaczak włączył inny plik. 
Zaczęło się od tego, że kamera powoli zmierzała wzdłuż autokaru. Oznaczało to, że nasz kamerzysta się czaił na kogoś, jak się po chwili okazało, na Paulinę. Stała za autokarem. Nie widać było jej całej postury, jednak te platynowe blond włosy wszędzie można było poznać. 
Rozmawiała z kimś przez telefon popalając papierosa. 
- No i mówię ci, on też się nabrał! Wiesz, ten z USA. - Gdy usłyszałem jej słowa, aż krew we mnie zawrzała. - No ale w sumie wiesz, on to taki naiwny dzieciak jeszcze. Ale jak ten cały prezes się nabrał, to dopiero była akcja. Trochę mu pomydliłam oczka, że ojca nie mam, matka zmarła, podsunęłam te fotki i mnie przyjął bez problemu. Teraz mu dalej mydlę, że nie mam się gdzie podziać, to zostawił mnie jeszcze na trochę na tym stanowisku... 
  Nagranie się skończyło i nikt nic na początku nie powiedział. Ja nawet nie wiedziałem co mógłbym powiedzieć, bo Paulina miała rację. Byłem po prostu naiwnym dzieciakiem. 
- Kurwa. - To Olka syknęła rozdrażniona jako pierwsza. - Ze mną może w kulki lecieć, ale z moim wujkiem, o nie! Niech no ja tą blond małpę dorwę, to powyrywam jej te wszystkie farbowane kłaki z głowy!....
- Ola, spokojnie.. - Pit próbował ją uspokoić, ale na marne. 
- Jak mam być spokojna?! Wykorzystuje nas wszystkich dookoła, manipuluje nami! Nie możemy tego tak zostawić. Nie, to JA nie mogę tego tak zostawić!
- Proponuję jednak załatwić to trochę bardziej dyskretnie, bez morderczego rozmachu. - Piter nie dawał za wygraną. 
- Nie! Tak jej obiję pysk, że jej rodzice nie poznają! Jak w ogóle można żebrać u kogoś pracę mówiąc, że rodzice nie żyją, no ja nie mogę!...
  Dziewczyna wyglądała na złą i dobitą jednocześnie. Sama nie miała rodziców, dla niej kłamstwo o ich śmierci było chyba największym z możliwych grzechów. 
- Idź na balkon, ochłoniesz, wrócisz i przemyślimy całą tą sprawę. - Zaproponował jej Konarski. 
Mimo ledwo powstrzymywanego wybuchu posłuchała siatkarza i poszła, trzymając mocno zaciśnięte pięści. 
- Wiecie, to nagranie trzeba pokazać prezesowi. - Zadecydował Penchev. - Niech ją wywali. 
- Może zrobimy to z rozmachem? Wiecie, zasłużyła na to. 
- Najlepiej by było jakbyśmy jej dopiekli, a może trenerowi nie mówili. - Dopowiedziałem sam.- Ja się czuję po tym filmie fatalnie, a co dopiero on. 
Zgodzili się ze mną i zaczęli planować, jak najlepiej się na niej zemścić. Sam natomiast ich opuściłem i poszedłem na balkon. 
  Ola stała oparta przedramionami o barierki i kończyła papierosa. Oparłem się ostrożnie obok niej, będąc przygotowanym na jej nagły wybuch. Byłem chyba ostatnią osobą, którą chciała wtedy widzieć, mimo to musiałem z nią jak najszybciej porozmawiać. 
- Kurwa, przez to wszystko w jakiś nałóg wpadnę. - Skrzywiła się, nawet na mnie nie spoglądając. - Ja jej tego nie podaruję, naprawdę Paul. I możesz o mnie myśleć, co chcesz, nie obchodzi mnie to. Ale zrobiła z bliskich mi osób idiotów, nie popuszczę jej. 
- "Z bliskich"? - Zdziwiło mnie to stwierdzenie. - Tylko z twojego wujka. 
  Wtedy na mnie spojrzała marszcząc czoło. 
- Nie obraź się, Lotman, ale z ciebie też. 
  Zaśmiałem się w duchu. Miałbym się obrazić? Fakt, byłem skończonym idiotą. Ale właśnie mi się przyznała, że jestem dla niej kimś bliskim. Czego mógłbym chcieć więcej?
- Wiem. Za szybko ufam ludziom, nie raz już się na tym przejechałem. Ale widzisz, chyba zawsze taki będę. 
- Masz po prostu zbyt dobre serce. Z jednej strony dobrze, z drugiej jednak ludzie mogą to wykorzystywać. Jak na przykład Paulina.
Pet wrzuciła do starej popielniczki i odwróciła się w moją stronę, bokiem podpierając się o poręcz. 

- Tak, właśnie przez tą naiwność straciłem osobę, na której mi cholernie zależy. - Przyznałem się. Teraz albo nigdy. 
  Z szaleńczo bijącym sercem oczekiwałem na jej reakcję. Nie była glupia, na pewno zrozumiała kogo mam na myśli. 
- Skąd wiesz, że straciłeś? - Zapytała patrząc mi głęboko w oczy. 
- Bo ją zawiodłem. Nie wierzyłem, kiedy powinienem to zrobić. Nie stanąłem po jej stronie, tylko bezpodstawnie oskarżyłem.
- Może jeszcze nie wszystko stracone. Może jeszcze można to naprawić. 
- A czy ona tego chce? - Podrapałem się po głowie. 
  Dziewczyna stanęła nieco bliżej. O wiele bliżej. Bardzo blisko. Kompletnie nie wiedziałem, jak się zachować, kiedy ona powoli przybliżała się do mnie. Tułów do tułowia, twarz do twarzy. 
- Chce. - Szepnęła. 
TO był dla mnie znak. 
- Przepraszam za to wszystko. - Również ściszyłem głos. - Przepraszam, że zachowałem się jak idiota. Wybacz mi. 
- Wybaczam. 
  I gdy już nasze usta dzieliły dosłownie centymetry, Ignaczak wrzasnął z salonu, że wpadł na genialny pomysł i Ola ode mnie odskoczyła. Niech cię szlag, Krzysiek!. 
- Chodź - powiedziała - Igła na pewno wpadł na zajebisty pomysł. Aż się nie mogę doczekać! 
I poszliśmy do środka już nie wracając do przerwanego nam "tematu". 


~*  *  *~ 
Jestem dobrym człowiekiem i wrzucę Wam dzisiaj jeszcze jeden rozdział, a co! :D
ALe serio ludzie, wchodzicie masowo na bloga, czemu nie pozostawicie po sobie komentarza?
Serdeczne dzięki dla osób, które pozostawiają po sobie ślad :)) Jesteście MEGA :)